Słodkie podróże

Islandia – słodkości z krainy wodospadów

21 maja 2018

 

Stając przed półką ze słodyczami w jednym z islandzkich sklepików zdałam sobie sprawę, że pogłoski o ogromnej miłości, jaką Islandczycy darzą lukrecję są najprawdziwszą prawdą. Oczywiście, znajdziecie tam także nasze rodzime wafelki Prince Polo, na których wychowało się całe pokolenie Islandczyków, oraz standardowe wszędobylskie Snickersy. Biorąc jednak pod uwagę, że znaczna większość islandzkich słodyczy w taki lub inny sposób zawiera lukrecję, mogę spokojnie stwierdzić, że ludzie na Islandii mają obsesję na punkcie tego przecudacznego czarnego tworu.

Od czekolady z lukrecją po lukrecjowe gumisie – każdy entuzjasta anyżowych aromatów znajdzie tu coś dla siebie. Do najpopularniejszych wyrobów lukrecjowych należą m.in. Apollo Lakkrís, Tromp, Djúpur oraz Opal. Sama nie darzę lukrecji żadnymi pozytywnymi emocjami, dlatego też opisywanie i recenzowanie tych słodyczy mijałoby się z celem. Poniżej znajdziecie listę nie-lukrecjowych słodkości, które umilały mi czas podczas podróży po tym pięknym kraju.

Wśród słodyczy z grupy „jadłam już kiedyś coś bardzo podobnego” zdecydowanie wyróżniały się dla mnie Conga Bitar, mini wafelki w mlecznej czekoladzie, oraz Hraun, mający przywodzić na myśl swoim wyglądem zastygłą lawę (stąd też jego nazwa – „hraun” w języku islandzkim oznacza „lawę”). W smaku do złudzenia przypomina batona Lion, z tą różnicą, że Hraun nie zawiera w środku karmelu. Jego jedynymi składnikami są wafelki, chrupki kukurydziane lub ryżowe i mleczna czekolada.

Kolejnym chrupiącymi słodkościami wartymi wspomnienia są Nóa Kropp – kuleczki kukurydziane w polewie czekoladowej podobne do Malteserów. Czekolada na nich jest wprost uzależniająca! Nie zdziwcie się więc, jeśli wciągnięcie na raz całe opakowanie.

W każdym sklepie znajdzie się także coś dla ciastkożerców. Mi przypadły do gustu Kanilsnúðar, czyli kruche cynamonowe ślimaczki. Nie są to, co prawda, nowe i ekscytujące smaki, ale jeśli znajdziecie się w potrzebie schrupania czegoś do popołudniowej herbaty, sięgnijcie po te smaczne zawijasy.

Moim zdecydowanym faworytem były jednak Kókusbollur. Niesamowicie delikatna i puszysta pianka zamknięta w cienkiej skorupce z czekolady i wiórków kokosowych. Choć przypomina trochę nasze „ciepłe lody”, bezowa pianka w Kókusbollur jest o wiele delikatniejsza i mniej cukrowa. Polecam zapijać je kawą lub Coca-Colą. W jakiś dziwaczny sposób pianki smakują w takim towarzystwie jeszcze lepiej.

Przyznam, że po pierwszym podejściu do Lindu Buff nie byłam pewna, czy powinno znaleźć się to na liście moich ulubionych islandzkich odkryć słodyczowych. Być może nie byłam przygotowana na to, co znalazłam w środku tego niepozornego czekoladowego batonika. Z każdym następnym podejściem miałam jednak coraz więcej frajdy w jedzeniu tego ciągutkowego wynalazku. Przypominało to trochę jedzenie Dumli (w wersji XXL). Ciężko mi to przyznać, ale w konkursie na najbardziej mordoklejną mordoklejkę nasze rodzime krówki przegrałyby z Lindu Buff z kretesem.


Jeśli żadne z tych słodyczy nie brzmią dla Was zachęcająco, skuście się przynajmniej na islandzką czekoladę. Wydaje mi się ona wyjątkowo „mleczna” w smaku, przy czym nie jest wcale zbyt słodka. Być może to kwestia czystej islandzkiej wody i innego mleka – tego nie wiem. Możliwe też, że kubki smakowe płatały mi figle od oddychania przez tyle dni krystalicznie czystym powietrzem.

Bardzo ubolewam nad tym, że nie miałam zbyt wielu okazji na odwiedziny islandzkich cukierni i próbowanie w nich lokalnych wypieków. Jedyny większy kontakt z cywilizacją miałam dopiero ostatniego dnia, przy okazji zwiedzania Reykjaviku. Jednak to, co tam zastałam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Z ogromną przyjemnością przedstawiam Wam piekarnię Braud & Co. To miejsce do tego stopnia zawładnęło moim sercem i żołądkiem, że odwiedziłam dwie różne piekarnie pod tym szyldem (z trzech w całym mieście) w ciągu jednej godziny!

Wszystkie dostępne w sklepie produkty, od pieczywa po słodkie drożdżówki, wypiekane są na miejscu przy otwartej kuchni, do której klienci mogą zerkać, a nawet zadawać pytania dotyczące całego procesu przygotowania ich ulubionych wypieków. Wszystko po to, aby nawiązać bliską, intymną wręcz relację z klientami i pokazać im, że piekarnia nie ma przed nimi nic do ukrycia.

Produkty podpisane są tam nazwami islandzkimi, dlatego musiała skorzystać z rekomendacji pracowników. Chętnie odpowiadali oni na wszelkie pytania, którymi ich zarzucałam próbując wybrać idealne dla siebie ciastko. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie ich popisowy cinnamon roll. Spodziewałam się, że będzie to kolejna zwyczajna cynamonowa bułeczka (nie to, żeby było z taką coś złego), jednak puszystość i delikatność tego ciasta drożdżowego zwaliła mnie z nóg. Ciastko nie było do tego przesadnie cynamonowe i słodkie, przez co spokojnie mogłam sięgnąć po jeszcze jedną bułeczkę.

Próbowałam jeszcze kilku ciastek i z czystym sumieniem mogę wam polecić zawijasa z kremem waniliowym i bułeczkę z mlekiem skondensowanym i orzechami. Dla odważnych piekarnia ma też zawijasy z jagodami i lukrecją. Bez względu na to, jaki dodatek wybierzecie, jedno jest pewne – Braud & Co. znają się na cieście drożdżowym jak mało kto.

Udanych wypieków i pysznych okruszków!

Zobacz także:

Brak komentarzy

Zostaw wiadomość

x Chcesz jako pierwszy otrzymywać informacje o nowych wpisach i wydarzeniach?
Marzy Ci się jeszcze więcej przepisów i porad, stworzonych specjalnie dla Ciebie?
Dołącz do grona Kruszynek już teraz!
[FM_form id="1"]